INFORMACYJNA

sobota, 18.grudnia.2010, 13:20

Jeszcze taka moja od autorska uwaga: imiona w ostatnich trzech rozdziałach są zupełnie pokręcone. Nie zwracajcie na to uwagi! Postaram się to jak najszybciej poprawić! Po prostu w między czasie zaczęłam tworzyć coś zupełnie innego, a mój zastój myślowy spowodował, że przestałam wczuwać się w bohaterów. Jeszcze raz przepraszam :/

W.i.k.t.o.r.i.a

EPILOG

sobota, 18.grudnia.2010, 11:32

EPILOG

Nadeszła wspaniała wiosna, wiosna naszych marzeń.

Jesteś bardziej dekadencki niż zwykle, kiedy odgarniasz długie włosy z mojej twarzy i całujesz mnie w czoło, myśląc, że już śpię. Dochodzi do mnie panoptikum zapachów perfum, papierosów i deszczu, kiedy pospiesznie rozbierasz się na korytarzu. Nie pytam gdzie byłeś, tak bardzo ci ufam, wiem że kochasz mnie i tę małą, niecierpliwą istotkę, która już od siedmiu miesięcy mieszka sobie w moim wypukłym brzuszku. Jednak zżera mnie niepokój, kiedy rano znów Cię nie ma.

Gorąca kąpiel nic nie daje, nawet twój sms, mówi mi, że coś jest nie tak.

Idę na zakupy i o dziwo nie spotykam nikogo znajomego, wracam do pustego domu i chce mi się płakać, bo wydaje mi się, że jestem tylko twoją zabawką, że kiedyś ci się znudzę.

I sama nie wiem już co powiedzieć, kiedy dzwonisz i karzesz mi wyjrzeć przez okno dużego pokoju.

Mdleję z radości, zaskoczenia i niepewności, kiedy niziutko, nad liniami elektrycznymi leci sterowany samolot z barwną materiałową planszą „CZY WYJDZIESZ ZA MNIE?”. Zbiegam po schodach i rzucam ci się w ramiona, nawet bez słów świetnie się rozumiemy.

Zabierasz mnie potem na wspaniałą kolację, w specjalnie na te okazję wynajętym lokalu. Czekają tam już wszyscy nasi przyjaciele.

Mam wrażenie, że to sen.

Ale ty już wiesz, że potem było już tylko „I żyli długo i szczęśliwie…”.

W.i.k.t.o.r.i.a

7.

sobota, 18.grudnia.2010, 11:30

Rozdział 7.

Wyjechaliśmy około 17:00. Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w niezwykły widok miasta nocą. Światła domów i sygnalizacji miejskich tworzyły wyjątkową mozaikę barw w połączeniu z osobliwie szklistymi płatkami śniegu uderzającymi zlodowaciałe chodniki. Ludzie posyłali sobie śmiesznie złowrogie spojrzenia, opatulonych po nos, różowych twarzy. Było może z dwadzieścia stopni mrozu, mimo to Poznań był wyjątkowo zatłoczony. A może tylko tak mi się wydawało, w końcu przez półtora miesiąca nie miałam styczności z więcej niż dziesięcioma osobami przebywającymi w Ośrodku. Chciałam żeby nasza podróż trwała jak najdłużej, pragnęłam zasnąć i obudzić się w ciepłym łóżeczku mojego/naszego nowego domu, w uścisku Krzyśka. Chciałam żeby to uczucie słodkiego rozleniwienia trwało jak najdłużej i im bardziej przedłużała się nasza podróż, tym głębszy spokój ogarniał rozległe powłoki mojej świadomości. Słodka apatia, kojące otępienie sprawiło, że nie docierało do mnie żadne słowo wypowiedziane przez naszą „ekipę”, którą ostatecznie skompletowaliśmy na krótko przed wyjazdem. Aśka – była policjantka, Tomek – w sumie nie umie nic oprócz świetnego prowadzenia naszego zgniłozielonego VOLSFAGENA ALFA, Krzysiek i ja. Jesteśmy zupełnie NIE zgrani, a z Tomkiem spotkaliśmy się przed samym wyjazdem – nie wiem nawet czy wie gdzie nas dowieść. Krzysiek i ja milczymy. W całym samochodzie panuje cisza i tylko czasami wymieniamy jakieś rzeczowe uwagi typu: -„Wcześnie się ściemnia” - „Rzeczywiście”. - „Są straszne korki”, - „Tak. Masz rację”. Mam wrażenie, że ten bezgłos przewierca mi uszy. Chcę krzyczeć, jednocześnie uniemożliwia mi to ta cholerna apatia. Gorycz wyrysowuje wyraz twarzy. Niema gorycz przyprawia mnie o mdłości. Czuję, że jest ze mną coś nie tak. Czy aby na pewno chcę znów być człowiekiem?

Moje mniejsze JA wykrzykuje do mojego większego JA:

- Powiedz mi, że TAK!

Ale ono milczy.

***

Ktoś włączył radio. Tomek? Nie, chyba Aśka. W samochodzie rozbrzmiały najgorętsze hity Michaela Jacksona. Ile to już lat od jego śmierci? Dwa? Może trzy?

Byliśmy już dawno za Poznaniem. Sądząc po minach Aśki i Tomka, którzy jako jedyni orientowali się w tej okolicy, zbliżaliśmy się już do Marek.

- Gdzie jesteśmy? – spytałam, głosem bardziej poważnym, niż w najśmielszych przypuszczeniach.
- W Markach.

Chciałam, naprawdę chciałam się uśmiechnąć, ale coś mi nie pozwoliło. W duszy serdecznie dziękowałam Krzyśkowi, że zrobił to za mnie. Mam wrażenie, że czyta w moich myślach. Więc, kiedy wysiadaliśmy przed dziwnie kolorowym budynkiem, pomyślałam jak bardzo go kocham.

Spokojnym krokiem podeszliśmy do drzwi dla obsługi. Wnętrze kuchni oświetlała tylko jedna, niewielka lampa, dająca wątpliwej jakości światło. Jak to się stało, że palce kucharza są jeszcze w całości?

Nie zdążyłam zlustrować całego pomieszczenia, kiedy znikąd, pojawiła się obok mnie śmiesznie pulchna służąca w ciekawie małym, eleganckim fartuszku. Nic nie mówiąc poprowadziła mnie w głąb kuchni, wskazując niewielkie, uchylone drzwi usadowione w prawym skrzydle pomieszczenia. Okazało się, że to łazienka, w której miałam przebrać się w równie śmieszny fartuszek kelnerki. Dziwne gusta mają ci Nosiciele – pomyślałam wychodząc ze śmierdzącej, zasikanej łazienki.

Czułam się skrajnie nieświeżo. Spocone dłonie zostawiały wodnisty ślad na blacie stołu, o który okracznie się oparłam. Powietrze było tu ciężkie, śmierdziało… trupami. Pot strużkami ściekał mi po szyi. Wyobraziłam sobie moją świecącą twarz i sklejone włosy. W torebce miałam jeszcze kilka bibułek wchłaniających nadmiar sebum, ale nawet siłą nie dałabym po raz kolejny zaciągnąć się do tej zapuszczonej łazienki dla „pracowników” przypominających mi w tym momencie grube świnie przeznaczone na ubój.

Całą uwagę zwróciłam na kucharzu, który coś sprawnie pichcił na starej, brudnej kuchence gazowej. Właśnie takie mają w rzeźniach – błysnęło w mojej głowie. W półmroku trudno było dostrzec cokolwiek oprócz zwieszających się pajęczyn w rogach „kuchni”. Przez chwilę przed oczyma mignęło mi coś podobnego do… ludzkiego, ciemnego palca. Z obrzydzeniem przeniosłam wzrok na pomocnika kucharza. Wyciskał coś w głośnej sokowirówce. Teraz nie miałam już żadnych wątpliwości – to była ludzka dłoń.

Żołądek podszedł mi do serca, a to znowu ścisnęło się z niewyobrażalnym bólem. Nagły skurcz przebiegł wszystkie moje mięśnie, które automatycznie zesztywniały. Mdłości stały się nie do wytrzymania. Ktoś podszedł do mnie i lodowatym głosem kazał mi rozdawać „posiłki”. Chciałam stąd uciec. Zupełnie zapomniałam, że przecież cała ta sprawa dotyczy mnie, że chodzi tu o moje życie. Mechanicznie spojrzałam na Krzyśka. Było ciemno, nie widziałam rysów jego twarzy. Tylko to porozumiewawcze kiwnięcie głowy dodało mi otuchy i pozwoliło oprzytomnieć.

Przywołałam się do porządku i poszłam śladem pozostałych kelnerów. Lewą dłoń wsunęłam pod srebrną tacę, prawą podtrzymywałam brzeg wazy z dziwnie brązowym, mięsnym gulaszem.
Weszłam na salę główną.

***

Nie zmienił się nic. Dziwnie przystrzyżona broda, fryzura ostatniego palanta, z przedziałkiem po prawej stronie. W tym przebraniu, z dziwnie związanymi włosami nie było żadnych szans, żeby mnie poznał. Tylko mój zapach mówił mu o tym, że jestem jego ofiarą. Zgodnie z planem, wazę postawiłam niedaleko miejsca Bułhakowa.

Cała ta maskarada przypominała mi jakieś niezwykle krwawe wesele. Wymyślne potrawy z ludzkich członków, wypełnione po brzegi pucharki krwi. Szepty i głośne rozmowy. W tle jakaś dziwna drażniąca uszy muzyka, która przyprawiała mnie o dreszcze za każdym razem, kiedy wchodziłam na czyściutki, połyskujący w świetle fosforycznych lamp, parkiet sali głównej. Przez chwilę zapomniałam co właściwie robię w tym cuchnącym miejscu, po co tu jestem, czy to aby nie jest jakiś koszmarny sen?

Krzysiek porozumiewawczo kiwnął głową, kiedy kelnerzy zaczęli wynosić z sali brudne naczynia. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie o co mu chodziło. To był mój czas.
Z kuchni wyszłam przedostatnia. Zauważyłam zniecierpliwienie na twarzy Bełhakowa – wszyscy w jego najbliższym towarzystwie mieli już zmienione nakrycia. Czułam na sobie jego wzrok. Mechanicznie ścisnęłam strzykawkę, której ostry tłok wypychał ścianki kieszeni. Krzysiek wyszedł z kuchni, stał teraz przed drzwiami do sali. Nikt nie zwracał na niego uwagi, za to ja miałam wrażenie, że oczy wszystkich gości zwróciły się w moją stronę.

Szumiało mi w uszach z nadmiaru adrenaliny, kiedy lewą ręką musnęłam nażelowane włosy Bułhakowa, udając, że sięgam po brudny talerz. W prawej, trzymałam już strzykawkę. Dłoń drgała mi nerwowo, czułam, że ciężko oddycham. Powietrze nagle stało się zbyt gęste, żeby wyłapać z niego choć okruszynki tlenu. Zdrętwiałam, a zimny pot wystąpił na ramiona i kark. Byłam bliska dezercji, kiedy czyjś zupełnie znany mi głos krzyknął:

- Teraz!

***

Wszystkie twarze zwróciły się w stronę Krzyśka. To była ostateczna chwila, jedyny odpowiedni moment. Bez zastanowienia odchyliłam głowę Bełhakowa w stronę stołu. Zadziałał szok, nie zdążył wypowiedzieć słowa kiedy z całych sił wbiłam igłę w kark. Wrzasnęłam ostatkiem moralności, gdy bryznęła we mnie purpurowa posoka. Dłoń ślizgała się po mokrym tłoku, kiedy próbowałam pobrać krew. Starałam się, bardzo się starałam, ale płyn nie chciał lecieć. Znów wszystkie spojrzenia dokładnie śledziły mój ruch. Bełhakow z głową na talerzu i ja szamocząca się ze strzykawką, obryzgana krwią. Nie miałam żadnych wątpliwości – za chwilę się na mnie rzucą.

Wykonałam błyskawiczny ruch dłonią i bezbłędnie wbiłam igłę w tętnicę szyjną – tak jak uczył mnie Krzysiek. Krew momentalnie wypełniła strzykawkę. Nie było czasu na kolejne pomyłki – zaczęłam biec, najszybciej jak tylko mogłam. Ktoś złapał mnie za rękę. Próbowałam się wyrwać, zamgliło mnie, nie wiedziałam już czy to głos Krzyśka czy może ktoś chce mnie zatrzymać. Uścisk stał się mocniejszy, nie orientowałam się, w którą stronę mnie prowadzi. Bez apelacji poddałam się.

W dłoni miałam strzykawkę. Biegłam potykając się o własne nogi, włosy zasłaniały mi oczy. Byliśmy już na dworze. Nie zwróciłam uwagi na chłód i krzyki za mną. Tylne drzwi samochodu były już otwarte.

Po chwili z zawrotną szybkością jechaliśmy jakimiś bocznymi, o dziwo odśnieżonymi drogami. Na początku ktoś za nami podążał, potem wszelkie odgłosy ustały i słyszałam już tylko swój własny śmiech. I ta zdziwiona, przestraszona twarz Krzyśka.

W.i.k.t.o.r.i.a

6.

sobota, 18.grudnia.2010, 11:28

Rozdział 6.

Przyszła wspaniała zima. Nie widziałam kiedy padał śnieg, nie spostrzegłam przejrzystych płatków, tak miękkich, kruchych w swej anielskiej powinności zakrycia całego brudu naszego małego półświatka. Śnieg nie chciał mnie za światka. Pragnął bym obudziła się i zobaczyła jasność. Światło ogarnęło moje uczucia, tego dnia kiedy to ów niezwykły widok pokonał największy strach. Ulotność chwili nie zmieniła nic, a niepokój… Niepokój niepostrzeżenie minął.

Uśmiechnęłam się do własnych, głupich, typowo dziewczęcych myśli. Przed niczym już nie uciekałam. Nie uciekałam przed przeszłością, przed Nim, przed miłością do Krzyśka. Dlaczego dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo go kocham? I jak bardzo raniłam go odrzuceniem i tą wstrętną, niepoprawną miłością do Niego. Nie mam żadnych wątpliwości, że to była prawdziwa miłość. Kochałam Go całym sercem, całą duszą. Całym swym człowieczeństwem. Lecz teraz Jego twarz przemieniła się w kamienną figurkę z masy solnej. Nie pamiętam już koloru ust: był malinowy, czy różany? Jakich używał perfum?... Włosy… pachniały miętą… A może to tylko złudzenie? Tylko wyobrażenie, jakaś głupia imaginacja, która powstała w chwilach postępującej tęsknoty? Sama już nie wiem. Nie potrafię, nie chcę odczytać uczuć, którymi Ciebie darzę, a które zastygły gdzieś w najdalszym odcinku serca. Wspomnienie o Tobie, choć bardzo zniekształcone pozostanie na zawsze. Ale to tylko wspomnienie… Och, zrozum, przestałam Cię kochać miłością czystą, przejrzystą, niczym nie skażoną już w chwili gdy stałam się stworzeniem, a nie człowiekiem. Zdradziłeś mnie, nie próbowałeś mnie szukać. A teraz… teraz to ja, zapominam o Tobie.

***

Było wcześnie. Może 6 nad ranem. W łazience słychać było szum wody. Przymknęła lekko oczy w wyrazie maksymalnego relaksu i rozleniwienia. Nie myślała o tym, co wydarzy się dzisiejszej nocy. Duszą nie była już wampirem. Była człowiekiem w najczystszej – bo duchowej – postaci.

Długo leżała w białej wannie, okryta przyjemnie ciepłą wodą, pod pierzynką pachnącej piany. Kiedy wyszła, nie kwapiła się nawet żeby wytrzeć się do sucha. Skóra była przyjemnie gładka, krew krążyła szybciej niż zwykle. W oparach parującej wody, w jedwabnym szlafroku wyglądała niczym wodna nimfa. Tak piękna, nieskazitelnie urocza.

Kiedy wyszła, ogarnął ją chłód, a włoski na całym ciele stanęły dęba. Na korytarzu zostawiła szereg mokrych, pojedynczych śladów. Nie zważała na charakterystyczne plaskanie mokrych stóp i zimno bijące z brudnej podłogi. Pospiesznie otworzyła drzwi swojego pokoju i nie zważając na jazgot sprężyn starego łóżka rzuciła się na nie całym swoim ciężarem. Łoskot uderzającego o podłogę płynu do kąpieli słychać było przynajmniej na drugim końcu korytarza. Nie zamierzała go podnosić, było jej zbyt dobrze, w tym ciepłym, skrzypiącym łóżku. Jeszcze przez półtora tygodnia „jej” łóżku.
Mechanicznie przymknęła oczy słysząc trzask otwieranych drzwi. Czyżby kogoś przypadkiem obudziła, a teraz ten ktoś chce jej nawrzucać? Nie. Cichutko podchodzi do jej łóżka, okrywa ją cieplutkim kocykiem w kolorze jaśminu, który przypadkiem zsunął się na ziemię, i z czułością całuje w czoło. Wyobraża sobie jak głupio, bezbronnie musi teraz wyglądać. Niczym dziecko.

Opieszale otwiera oczy. Oczywiście nie myliła się. To Krzysiek.

- O, myślałem, że śpisz… - w charakterystyczny sposób drapie się w tył głowy śmiesznie przekrzywiając przy tym skroń. Teraz to on wygląda jak dziecko. – Już idę.

Sara ospale siada na brzegu łóżka. Jej twarz rozpromienia subtelny, jakże wymowny uśmiech. Rozpuszcza ciemne włosy, spięte niewygodnie pijącą klamerką. Kładzie ją na biurku, które stoi tak blisko łóżka, że nie musi nawet wstawać.

- Zostań, porozmawiajmy o dzisiejszej… - wacha się przez chwilę. – akcji.

Znów, ten wymowny, typowy dla niej uśmiech. Krzysiek siada obok niej.

- Co chcesz wiedzieć? – przybiera rzeczowy ton.
- Chcę wiedzieć, dlaczego mnie dziś pocałowałeś. – Pierwszy raz tak otwarcie mówi o uczuciach.
- Przepraszam, ale… słodko wyglądałaś. Poza tym to nie jest pytanie co do dzisiejszej akcji. – Sara śmieje się na głos, dziewczęco. Jak za czasów, kiedy była jeszcze nastolatką.
- Teraz też wyglądam słodko…

Bierze go za rękę.
- Słodziej niż wtedy.

Dotyka dłonią jej policzka wolną przesuwając ją w stronę dekoltu, muskając przy okazji suche usta. Ujmuje jej twarz w dłonie i bez żadnego skrępowania całuje. Długie włosy Sary muskają białą poduszkę, kiedy wolno rozwiązuje jedwabny szlafrok, dotąd ciekawie opinający jej zgrabna sylwetkę. Zdejmuje jego niedbale założoną koszulę. Widać pospiesznie ubierał się, przed przyjściem tutaj. Dopiero teraz to zauważyła. Pachnie mandarynkami. Jak ona, w święta.
Znów zaczął padać śnieg.

***

Piękna Panna Młoda okrywa swym śnieżnobiałym welonem brud naszego niezdrowego półświatka. Po raz kolejny nie potrafię sobie wyobrazić, jak żyją ludzie w krajach gdzie nie ma zimy, lub wręcz przeciwnie – zima trwa wiecznie. Lato jest pięknem, wiosna życiem, jesień melancholią, a zima czystością. Nie docenisz piękna lata jeśli nie poczujesz zimy. Czyż nie tak został urządzony ten świat? Jeśli nie docenisz nienawiści, nie zaznasz prawdziwej miłości, która tchnie w Twoje serce namiętność i spokój, tysiące innych sprzecznych uczuć – to one sprawiają, że miłość jest tak uroczo nieokiełznana. Niesie ze sobą subtelność dotyku i zmysłowość słów. Świat jest pełen sprzeczności. Odwieczna siła przyciągania. Przyciągają się bieguny, magnesy, ludzie i uczucia. Nienawiść podąża w parze z miłością, a żal z wdzięcznością. Zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy uświadomiłam sobie moją własną miłość do Krzyśka. Nasz związek byłby zbyt nudny gdybyśmy oboje byli tacy sami. Kiedyś powiedziałeś, że jestem pełną rozbieżności, maksymalnie nieuporządkowaną kobietą na ziemi. Miałeś rację.
Oboje jesteśmy pełni kontrastów. I chyba to jest w nas piękne.

***

Około 15 poszliśmy razem na spacer. Wpadaliśmy w zaspy i rzucaliśmy się śnieżkami. Zmęczony i cały w mokrym śniegu usiadłem na zaśnieżonej ławce, Sara obok mnie. Coś sobie wtedy wyjaśniliśmy. Oboje raz na zawsze kończymy z przeszłością. Ja z karierą lekarza w Ośrodku, a Sara z dawnym życiem. Cholernie bałem się jej reakcji kiedy zapytałem: „Co dalej? Co zrobisz, kiedy już wyzdrowiejesz”. Odpowiedziała wtedy: „Czy ja jestem chora?”. Miała rację, źle zadałem to pytanie. To nie jest choroba tylko drugie życie. Co w takim razie zrobisz moja droga Saro, kiecy wrócisz do dawnego świata? Tam nie ma wampirów, ty jesteś człowiekiem i masz kochającą rodzinę. Powiedziałaś mi, że i tak zostaniesz ze mną. Że tamtego życia już nie ma. Nie masz już rodziny, a twoje miejsce jest przy mnie. Skończymy z przeszłością i zaczniemy wszystko od nowa, w samym centrum Poznania.

Trzymam Cię za słowo kochanie.

W.i.k.t.o.r.i.a

5.

sobota, 11.grudnia.2010, 15:57

Nieuchronnie zbliżamy się do końca. Jeszcze może trzy, cztery rozdziały. Ten... no cóż... chyba niezbyt udany... Jak zwykle proszę o wytknięcie i wypisanie wszelkich błędów. Miałam bardzo długą przerwę i trochę pogubiłam się w fabule...

A, i proszę nie pytajcie mnie skąd wzięłam imiona bohaterów pobocznych.





Rozdział 5.


Z małego pokoiku, który znajdował się na końcu korytarza dla pacjentów unosił się szept trzech, zafrasowanych głosów. Przez trzycentymetrową szparę między podłogą, a spodem drzwi uchodziła, przygaszona wiązka elektrycznego, białego światła. Choć – być może – u źródła światło bawiło ów trzy osobistości żółtawym pomrukiem sepii, i tylko szpitalna biel, mimo wieczoru sprawiła, że po pokoju rozchodziło się chłodnym, fosforycznym odcieniem. Nie wie tego nikt, bo nikt nie zwracał na dziwne zjawisko uwagi. A powodem ich powierzchowności względem otoczenia był temat ów szeptów. Dla wielu temat niezwykły, a na pewno niecodzienny. A gdybyż ktoś nie czytał tej oto opowieści od początku, pomyśleć by mógł, iż jest to – nieprawdopodobieństwo! – szpital psychiatryczny… Lecz, Co jak co, Sara przestała traktować całą tę historię jak sen, czy wręcz chorobę psychiczną – bo nawet takie myśli nachodziły ją ostatnimi dni. Teraz była skupiona, można by wręcz pomyśleć, że ponura. Siedziała przy oknie i cichy mrok okalał prawą połowę jej twarzy. Druga była oświetlona niebieskawym promieniem, i właśnie po tej stronie uwidocznił się różowy rumieniec, żywe iskry w oczach i głęboka zmarszczka skupienia na czole, która upodabniała ją do trzydziestoletniej kobiety. Lecz w duchu opanowywał ją strach. Z każdym wypowiedzianym słowem, z każdym kiwnięciem głowy i ruchem ręki ów strach był większy.

- Myślę, że po tygodniu ćwiczeń wytrzymałościowych, jutro dasz z siebie wszystko. Pamiętaj, że zawsze jesteśmy przy tobie, możesz na nas liczyć, szczególnie w sytuacjach krytycznych.

***


Okazało się, że Nosiciel, który mnie przemienił wzrósł do rangi Przewodniczącego. Dzięki współpracy z Tajnymi Służbami, Hanna dowiedziała się, że w czwartek, w Markach – jakiejś zapomnianej dziurze pod Warszawą jest spotkanie Przewodniczących z województwa mazowieckiego. Wśród nich będzie Bełhakow – bo właśnie taki pseudonim uzyskał, stając się Przewodniczącym. W akcji wezmą udział Krzysiek, Kinga, Dawid i po tygodniu ćwiczeń wytrzymałościowych – ja. Oczywiście na przedmieściach Warszawy będą też inni, podobno agenci z Tajnych Służb. Wkroczą w przypadku niepowodzenia akcji. Jednak w rzeczywistości – tak przynajmniej powiedział mi Krzysiek, są tam tylko po to, żeby zatuszować nasze poczynania. Chcą zgarnąć samego Przywódcę, a Przewodniczący mają ich do niego doprowadzić. Jeśli zorientują się, że są śledzeni nie tylko przez naszą organizację, ale przez Tajne Służby mogą ostrzec Przywódców. Krzysiek podejrzewa, że za kilka lat to właśnie w Polsce odbędzie się Rada Przywódców z Europy. Operacja zakrojona na szeroką skalę, nie dozwolone żadne pomyłki.

Sama zastanawiałam się, dlaczego w takim razie Tajne Służby chcą nam pomóc. Przecież, przez nieuwagę możemy zaprzepaścić cały ich plan. Udzielił mi wyczerpującej odpowiedzi, jak zwykle. Ośrodki w całej Polsce współdziałają ze Służbą. Przekazują jej wyniki badań krwi, osiągnięcia w dziedzinie historiografii wampirów. Oni w zamian za to, pomagają w akcjach. Dostarczają potrzebnego sprzętu i po wszystkim „sprzątają”. Idealna koegzystencja. Poza tym, gdyby Ośrodkowi podwinęła się noga, Przywódcy doszliby do planów Służby. Oznaczałoby to międzynarodowy krach, katastrofę. Obie strony nie mają wyjścia, muszą ze sobą współdziałać dla wspólnych korzyści.

Jutro, w Markach wystąpię w roli służącej Bełhakowa. Musi to być osoba, którą przemienił, o wyraźnym zapachu jego krwi, tak żeby nie wzbudzić podejrzeń. Dawid będzie kierował samochodem. Przy tylnych drzwiach czyli wejściu dla służby będą stać Krzysiek i Kinga, również w uniformach „pracowników”. Moim zadaniem jest pobrać krew Bułhakowa. Igłę muszę wbić idealnie między pierwszym, a drugim kręgiem. Tak aby przez chwilę stracił przytomność, dając mi szansę ucieczki. W razie nieprzewidzianych wypadków mam broń, z której „nauczyłam się” strzelać w poprzednim tygodniu. Potem już tylko odwrót. Dawid zawiezie nas pod warszawski wieżowiec, na którym będzie czekał helikopter.

Hanka wytłuszczała mi to z takim spokojem jak gdyby codziennie planowali tego typu akcje. A ja po prostu się boję. Tak bardzo się boję.

***


W zaciemnionym, niewielkim pokoiku Sary rozległo się ciche pukanie, przygłuszone biciem jej własnego serca. Klamka poruszyła się nieznacznie i zatrzymała w połowie, jakby osoba, która stała za drzwiami nie była pewna, czy aby wypada przychodzić do Sary o tak późnej porze, nie usłyszawszy wcześniej zwykłego „proszę”.

- Mogę wejść? – zapytał cicho. Nie chcąc jej wyrwać z zamyślenia czy snu. W końcu było już późno.
- Jasne… - odpowiedziała krótko i jakby ze smutkiem, niepokojem.

Drzwi uchyliły się nieznacznie, by potem otworzyć się na pół szerokości futryny. Tak by mógł przez nie bezszelestnie wejść. Cichy stukot zamykanych drzwi i jego słowa:

- Chciałem dać kilka rad przed jutrzejszą akcją.

Spoglądała wprost na niego, choć oczy były pozbawione blasku, a spojrzenie niewidzące. Blade usta drgały nieznacznie, chcąc coś z siebie wydusić, nie mogąc powiedzieć nic. I tylko ten niepokój prześwietlał całą jej sylwetkę, usadowioną na brązowym krześle. Głowę podpartą na dłoni i długie włosy spadające na poręcz krzesła. A za nią było tylko mroczne spojrzenie okna.

- Przyszedłem nie w porę?
- Nie, wejdź. – wstała i usadowiła się na łóżku usytuowanym wzdłuż sąsiedniej ściany – usiądź koło mnie.

Usiadł i niegwałtownie, delikatnie ją objął.

- Co chciałeś mi powiedzieć? – wpatrywała się w podłogę, która odbijała światło z małej lampeczki ustawionej na biurku. Przez chwilę panowała zupełna cisza.
- Już nic.

Odwróciła głowę w jego stronę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego uciążliwego, męczącego spojrzenia. Choć była nieco zmieszana i zupełnie pozbawiwszy się świadomości, nie wiedziała co tak naprawdę robi, jej oczy odzyskały dawny blask. Zatrzepotała zalotnie rzęsami, przybliżając się nieznacznie do niego.

I nie było już nic ważniejszego, od tego nieśmiałego dotyku ust.

***


Była jasna, jesienna noc. Widać było wszystko, każdy szczegół otaczającego ich świata. Ostatni liść ogromnej lipy kołysał się nieznacznie w świetle osłoniętego chmurami księżyca. Co kilka chwil zbity z tropu, porywisty wiatr usilnie próbował go strącić – nieudolnie. Zły na samego siebie, że tylko to jedno, wątłe indywiduum nie poddaje się temu, co przecież nieuchronne. Stawia opór, z całych sił próbuje utrzymać się na uśpionej, matczynej gałęzi. Zrozpaczony woła, nie wiedząc co spotka go kiedy spadnie. A słodka niewiedza przemienia się w koszmar, kiedy rozwścieczony wiatr przybiera na sile. Liść puszcza się bezpiecznego lądu. Uderzywszy od spodu w matkę-gałąź spada zamroczony. Wolniusieńko, co i rusz miotany w powietrzu na prawo i lewo. A kiedy wiatr uniesie go ku górze ma jeszcze spazmatyczną nadzieję, że wróci tam, tam gdzie jego gałąź, gdzie jego dom. Lecz nadzieja ta jest ulotna, tak jak wspomnienie o wiośnie, kiedy to wśród zimnej rosy wychylał się ku promieniom ciepłego słońca, kiedy znosił letnie upały i obserwował upadki swoich pobratymców mając niezbitą nadzieję, że jego to nie spotka. A teraz? Teraz sam leży na brudnej ziemi.

A nie widział tego nikt. Nikt. Zupełnie nikt. Tylko śmiech wiatru uderzał o szyby niewielkiego, ciemnego pokoiku Sary.

W.i.k.t.o.r.i.a

4.

sobota, 23.października.2010, 13:49

Co na to powiecie? Bardzo proszę o obiektywne komentarze. Bardzo zależy mi na zdaniu osób nieco bardziej doświadczonych w pisaniu. Wszystkie błędy wypisujcie w komentarzach, postaram się ich unikać w kolejnych rozdziałach.





Rozdział 4.


Pierwszy raz zobaczyłam wschód słońca. Prawdziwy świat i Twoje oczy. I coś jeszcze. Szczerość? Lecz przecież On to nie Ty. Ty to nie on. To wszystko wydaje się być tak nieprawdopodobne, a jednocześnie… prawdziwe? Tak jak kiedyś, dawno temu, kiedy wampiry były dla mnie bajką, a tylko głębia Twoich niebieskich oczu niezaprzeczalnym faktem. Teraz wszystko się zmienia. Fikcja stała się rzeczywistością, a Twoje oczy zamglonym wspomnieniem – marzeniem. Nie tylko TY posiadasz tak piękne oczy, nie tylko TWOJE włosy pachną jesienią, nie tylko TWÓJ dotyk przypomina mi muśnięcie płatków róży. Zapominam Cię i nie potrafię z tym nic zrobić. Jesteś dla mnie już tylko iluzją, ukrywasz się w opoce wspomnień a ja nie mogę Cię odnaleźć. Nie zrobiłeś nic, żeby mnie uratować, odszukać. Uświadamiam to sobie z każdym dniem, spędzonym w Ośrodku. Teraz to mój dom, moja nisza, cichy szept ścian. A wszystko bez pamięci o Tobie. Kiedy już będę człowiekiem, kiedy stąd odejdę, podrzucę do ciebie list. Podpiszę się jako Bezimienna. Bo przecież dla ciebie nie ma już Sary, pozostała tylko Bezimienna nicość i pusty dom, w którym niegdyś słychać było jej śmiech…

***


Minęło już kilka dni odkąd trafiłam do Ośrodka. Zaczynam wyczuwać własną przemianę, czuję inną krew. Choć tak wiele przede mną, tak wiele dni oczekiwania przed sednem mojej wizyty tu. Potem okres zdrowienia i wreszcie… wreszcie będę człowiekiem.

Najpierw musimy odnaleźć Nosiciela, który mnie przemienił. Następnie zdobyć jego krew, którą należy wstrzyknąć mi. Potem, potem to już tylko czas zdrowienia. Czas uczuć, czas refleksji, czas kontynuowania życia. „Życia” nie „bycia”. Bo dotąd jedynie byłam, nieubłagany dla ludzi czas zatrzymał się, specjalnie dla mnie w chwili przemienienia. Teraz boję się, boję się strasznie pierwszych zmarszczek, siwych włosów, tej czerwonej krostki na górną wargą, która zawsze wyskakiwała mi w okresie przeziębienia. Starości. To wszystko przede mną. I choć wypływa ze mnie niepokój, a każdy krok stawiam z trudnością to cieszę się niesamowicie. Dano mi niepowtarzalną szansę, na nowo obdarzono mnie darem życia.

Wiem, że to wszystko nie jest pewne, że może się nie udać. Tylko, że po co w takim razie los obdarzył mnie nadzieją? Przecież nie po to by mi ją powtórnie odebrać. Uda się, uda się na pewno. A wiary w dążeniu do celu dodaje mi Krzysiek, lekarz.

Czuję energię rozchodzącą się po całym ciele, dociera do najmniejszych zakamarków umysłu. Czuję przypływ nadludzkiej motywacji do działań, podejmowania kolejnych wyzwań. Muszę pić tą cholerną krew, lecz nocami wyobrażam sobie smak warzyw, przypraw, słodkich ciast. Już niedługo, już niedługo, zaplanujemy akcję. A latem pójdę na odpust, kupię trzydzieści wat cukrowych, zasłodzę się na śmierć, poczuję się lekka niczym motyl i z najwyższego szczytu Tatr wykrzyczę, jak bardzo kocham cię - Życie.

***


Na dworze padał deszcz, było pochmurno, a silny, zimny wiatr raz po raz poddawał próbie równowagę drzew, szczelnie okrywających budynek Ośrodka. Naprzeciw żelaznej, wysokiej na trzy metry bramy wejściowej znajdował się pokój Sary. Dziewczyna siedziała skulona przy wątłym biurku wykonanym z jasnej sklejki. W ogóle wszystko w jej pokoju było jasne: biała pościel na metalowych kratach łóżka, szafa w kolorze biurka, białe drzwi, sufit, ściany. Nawet podłoga. Sara rozglądała się po pokoju z niedowierzaniem, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie gdzie się znajduje, jakie szanse rozwinęły przed nią swe skrzydła. Lecz w jej oczach nie było już strachu. Była iskierka nadziei, wiara i… radość?

Refleksje przerwało jej głośne pukanie do drzwi. Ktoś nie czekając na odpowiedź wtargnął do pokoju. Sara odwróciła się ślamazarnie .

- O co chodzi?
- Znaleźliśmy kilku Nosicieli pasujących do Twojego opisu, musisz nam pomóc.
- Ok.

Szli ciemnym korytarzem, nie wiedzieć czemu nie chcieli zapalić światła. Woleli ciemność. Oboje. Tak różni, a tak podobni. Złapała go za dłoń, stawiając ciche kroki, tuż za nim. Spuściła głowę. I nie chodziło tu o traumę, strach, niepewność. Tylko o potrzebę bliskości, miłości. Bo przecież ona w tym momencie czuła się tak samo odrzucona jak on, kilka lat temu.

Stawiał ciężkie kroki i zdawało się, że nie czuje jej dotyku. Nie było tu okien, a wydawać by się mogło, że czują powiew wiatru. Dlaczego? Tak szybko bije jej serce, a czas tak bardzo się dłuży? Czemu przechodzą ją ciarki, a na karku czuje czyjś oddech. Przecież to tylko chłód, przepływ powietrza.

Nie czuli zapachu fiołków, nie było płatków róży, zielonej trawy i śpiewu ptaków. Nie było nic prócz ciemności i chłodu. Łoskot stawianych kroków stawał się głośniejszy, chcieli zagłuszyć nim bicie własnych serc. Bo choć wiedzieli, że za ułamek sekundy znajdą się przed drzwiami gabinetu Izy, ich myśli zaprzątało coś zupełnie innego. Widzieli w nich siebie. Sprzed wielu lat. Bo choć nigdy wcześniej się nie spotkali, połączyło ich to samo niesamowite uczucie. Nie da się tego zinterpretować słowami. Odtworzyć zespołu uczuć jaki towarzyszy lwicy przed walką z bawołem. Który towarzyszył Sarze przed pojedynkiem z własną psyche.

***


Myślami była gdzie indziej, czułem to. Czułem towarzyszące jej myśli bardziej niż naszą obecność tu. Z pokoju wyszła spokojnie, harmonijnie stawiała kroki. Spoglądała w dal i zdawało się, że nie widzi mnie, ścian korytarza, schodów. Chciałem coś powiedzieć, chciałem złapać ją za rękę. Coś mnie przed tym powstrzymywało, moje własne ego, duma. Nie chciałem dać po sobie poznać, że jestem słaby, słabszy od niej.

Długie, ciemne włosy oplatały sylwetkę. Nie widziałem jej twarzy i choć dzielił mnie od niej tylko krok, skręciłem w drugą stronę. Bo nie chcę się zakochać. Bo nikt nie nauczył mnie miłości.

Część 2.


Deszcz. Padał rzęsisty deszcz. Krople z odrazą odbijały się od brudnej ziemi. Reemigrowały na nią jakby z niechęcią, pragnąc wrócić do górnolotnych marzeń. Z lekkością motyla ulokować się w wygodnej chmurze. Przelecieć nad problemami, stresem, trudnymi wyborami. Bez niczego. Bez zła, nienawiści, pogardy. Bez piękna… Bo przecież motyle nie dolatują do chmur, a chmury nie są na tyle łaskawe by zniżyć się do motyli. Życie jest ważniejsze od piękna, obojętność jest lepsza od zła. Lecz nigdy nie dostaje się nic za darmo, zawsze jest coś za coś. Życie za piękno, miłość za nienawiść.

Stała na tarasie, pod niewielkim daszkiem, opierając się o podrapaną ścianę. Wokół niej ten deszcz, przytłaczający deszcz. W drżącym ręku próbowała utrzymać zwilgotniałego papierosa. Zbawczy dym rozchodził się po płucach, wypływając na powierzchnię. Rozpływał się w śród kropel wody i choć niknął wyczuwało się jeszcze jego uspokajającą woń. Miała jasną, atłasową skórę. Jak zawsze. Lekko przymknięte powieki, oczy bez wyrazu i ten dziwny, obojętny wyraz twarzy. Spoglądała przed siebie, lecz nic nie widziała. Wsłuchiwała się w deszcz, lecz nic nie słyszała. Czuła woń dymu, pomieszaną ze świeżym powietrzem, lecz przecież nic nie czuła. Jedynie ten chory spokój i cisza myśli dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Cisza. Monotonia. Tak jak przed wczorajszą burzą. Nic jej nie zapowiadało, nie było wiatru, a tylko ciemne chmury. Przejmujący chłód, tak jak co dzień. A potem, potem była już tylko burza.

***


Cicho otworzyła drzwi, bezszelestnie wśliznęła się do jego pokoju. Siedział przy biurku, odwrócony do niej tyłem. Nie mówiła nic. Odwrócił się powolnie. Nikomu nie potrzebne były słowa, chwila ich nie wymagała. Uczucia mówiły same za siebie. I tylko umysł nie może pojąć rzeczy oczywistych. Tylko on nie rozumie, dlaczego po nocy następuje dzień, a po burzy wschodzi słońce. I wciąż zadaje pytania. Zmusza nas do udzielania bezsensownych odpowiedzi.

Podeszła zmieszana, stawiając ciche kroki, jakby bała się, że ktoś ją usłyszy. Choć nie odwracał się, wiedziała, że czuje to samo co ona. Opuszkami palców musnęła jego kark.

- Jesteś moim lekarstwem. – wydusiła to szeptem, drżącym głosem. Jak dziecko.

W.i.k.t.o.r.i.a

3.

sobota, 2.października.2010, 18:48

Wiem, rozdział masakryczny. W ogóle się nie postarałam, ale co zrobić jeśli zupełnie nie miałam wolnego czasu?




Rozdział 3.


Jedna z najciemniejszych uliczek poznańskich Jeżyc. Owiana brudem teraźniejszości i grzechem istnienia. Jasna noc odsłaniająca całe zło i cały mój gniew. Nie ma tu miejsca na smutek. Przepełnione powietrze nie przyjmie pod swoje skrzydła innych negatywów, prócz strachu bijącego z jej oczu. Prócz czerwieni spadających na nas z nieba. Wokół rozchodzi się zapach parującego betonu, zaczyna padać. I sama nie wiem czy wcześniej kropiło, czy deszcz lunął bezpośrednio. Przywołany przez siły ciemności. Noc jest magiczna, a wyczuwam to całym swoim ciałem, i głodem panującym nad myślami. Słyszę twój stłumiony krzyk, kiedy podchodzę coraz bliżej, mimo deszczu wyczuwam zapach i zimny oddech. U stały się sine, a jasne włosy przykleiły do trójkątnej twarzy. Muszę ci przyznać, że wyglądasz tak niezwykle seksownie, choć to chyba nie odpowiednie słowa w ostatnich chwilach wegetacji na tej zepsutej ziemi. Zepsutej przez Ciebie droga Marto, ukochanej przez Niego. Kiedy sprzeczności zapanowują nad umysłem, mechanicznie zmysły się wyostrzają. Czułam, że ktoś nade mną stoi, czułam na sobie czyjś wzrok lecz głód był silniejszy, a zapach nie pozwalał na złudzenia.

Słyszałam krzyk, znałam przerażenie kiedy niemal na czworaka pochylałam się nad jej szyją. Czułam bicie serca i ciśnienie rozsadzające jej żyły. W czerwonej sukience, na wysokich szpilkach, ociekająca deszczem, okryta mrokiem. Ktoś stał za mną. A jeśli to On?

Jedna myśl zaczęła przedzierać się przez unieruchomiony układ nerwów. To coś nie ma zapachu.

- Zostaw ją. – Usłyszałam, cichy, dziewczęcy głos.

Gwałtownie odwróciłam głowę. Za mną stała niska, chuda dziewczyna. Brunetka z włosami do pasa. Na oko miała z szesnaście lat. Zafascynował mnie jej płaszcz. Długi, za kolana, czarny z błyszczącej skóry, z wielkim kapturem zasłaniającym twarz. W oczy szczególnie rzucił mi się wielki wisiorek w kształcie kła. Wyglądało na to, że należy do jakiegoś zgrupowania wampirów. Czego ode mnie chciała?

- Mogę ci pomóc. – Wybuchłam śmiechem. –Jedyne co musisz, to iść ze mną. - Powoli zaczęła podchodzić bliżej. Po całym ciele przeszły mnie niezłe ciarki.
- Jeden krok i z satysfakcją skrócę jej męki, jej życie to nieporozumienie – Zaczęłam się cholernie bać. Jej, albo siebie samej.
- Nie zrobisz tego. Obserwuję cię od wielu tygodni. Musisz dać sobie pomóc. To nie Twoja wina, że jesteś wampirem. Ale Twój błąd, że nic z tym nie robisz. Pomogę ci, Saro.

Brutalnie postawiłam Martę do pionu. Zdrętwiała za strachu, a serce niemalże wyrywało się z gorącej piersi. Deszcz powoli ustępował, padał już tylko niewielki kapuśniaczek. Zasłonięty księżyc teraz dawał niewiele światła. Nie widziałam własnej dłoni przyciśniętej do krtani Marty, ani pozlepianych kołtunów włosów, które zakrywały jej warz, kiedy zbliżałam usta do tętnicy. Słyszałam jedynie kroki dziewczyny, była coraz bliżej. Równomierny łoskot o betonową uliczkę i krople deszczu stworzyły grubą zasłonę dymną dla innych zmysłów. Przez tych kilka chwil tylko słuch oddziaływał. Wreszcie poczułam jej zimny oddech. Spojrzałam na drobną, zakapturzoną twarz, wypraną z emocji. W dłoni trzymała jakiś nie znany mi przedmiot. Próbowałam biec, ale była szybsza. Strzykawkę wbiła w udo, czułam płyn rozchodzący się razem z krwią. Odrętwiała upadłam.

- Dawid, zabierz ją.

***


Sara T. Przywieźli ją uśpioną dzisiejszej, ciemnej nocy. Wampir od trzech lat. Niezwykle piękny wampir jak zdołałem już zauważyć. Długie, brązowe włosy opadały co najmniej za pas. Jasna, niemal nienaturalnie blada skóra. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się czy jest to jej uroda, czy jedynie skutek niedożywienia. Lecz nie, jest w niej, musi być coś bardziej ludzkiego niż w wielu pozostałych. Nie wygląd zewnętrzny, bo szkarłatne usta i czarne, połyskujące czerwoną refleksją oczy mówią same za siebie. Chodzi tu o wnętrze, osobowość, uczucia. Impulsywne drganie powieki, jakby miała umrzeć w tym sześciogodzinnym śnie. I mój niepokój kiedy leżała zupełnie nieruchoma, jeszcze bledsza niż godzinę temu. Czy nie jest dziwne, że tak wielką wagę przywiązuje się do wyglądu? W głębi duszy wiem, że nie różni się niczym od moich poprzednich „pacjentów”, że jest tą samą plugawą istotą, że targają ją identyczne niepokoje jak ich wszystkich. A jednak nie ulega wątpliwości, że moje przeświadczenie iż jest inna, niezwykła wynika jedynie z jej wyglądu. Z prostych, długich włosów. Tak nieludzko pięknej twarzy, jasnej skóry, delikatnych dłoni, zadbanych paznokci. Tak samo musiała wyglądać wtedy, kiedy przemienił ją bezimienny potwór. Zadbana, a w kącikach ust niemal widać delikatny, skrywany uśmiech. Niemal czuć zapach jej perfum. W pomieszczeniu rozchodzi się jej delikatny, dźwięczny śmiech, taki sam jak przed laty. I znów znajome drganie powieki. Mimika twarzy, wyrażająca ból, niepewność, strach… To wszystko tak kontrastowe z przeznaczeniem, jakie ją dotknęło, ze sposobem w jaki zdobywała swoje ofiary.

Obudzi się za pół godziny. Za pół godziny przekonam się, że pomyliłem się co do jej „ludzkości”. Bo żaden wampir nie jest ludzki. Na pewno nie wampir z trzyletnim doświadczeniem. Zostali pozbawieni ludzkości wraz z przemienieniem. A kolejnych uczuć i emocji wraz z każdym następnym dniem, wraz z każdą następną ofiarą.

Przebudziła się. 60 minut później niż zakładaliśmy. Była bardzo słaba. Kolejny mój błąd. Dawka środku usypiającego musiała być za duża. Zaledwie 15 minut po przebudzeniu przestała oddychać. Musiałem ją wentylować. Sytuacja uspokoiła się o 08:00. Była bardzo przestraszona, zachowywała się jak dziecko, które zgubiło swoją matkę w ogromnym supermarkecie. Wytłumaczyliśmy jej – właściwie Eliza wytłumaczyła jej – dlaczego tu jest i w jaki sposób pomożemy jej wrócić do normalnego życia. Nie wspomniała jedynie, że połowie wampirów przebywających w naszym ośrodku nie udaje się zdobyć krwi nosiciela, czyli wampira, który przemienia. Mają wierzyć w swoje zwycięstwo, do ostatniego momentu mają mieć nadzieję. A potem? Co zrobią, kiedy będą mieli niezachwianą pewność, że akcja się nie powiodła, że zdobyta przez nas krew to nie jest krew nosiciela albo lepiej – nie uda nam się go znaleźć? Co w tedy robią uczłowieczeni, pozbawieni nadziei. Wracają do poprzedniego życia? Bez żadnych perspektyw, nawet bez tej najprostszej dla człowieka – perspektywy samobójstwa? Wampir, pusty wampir.

A jednak czegoś mi w niej brak. Brak pustego,, bezwzględnego spojrzenia. I ta prosta, niemalże dziecięca naiwność. Przestrach, mimika twarzy. I moje uczcie litości nad jej losem, jej cierpieniem. Tak, że pragniesz przytulić ją jak najmocniej i powiedzieć coś ciepłego. Typowo dziewczęca uroda i kobieca delikatność, wywołały u mnie nieokiełznane pragnienie objąć ją, tak jak obejmuje się kobietę i po prostu pocałować. Szczególnie, że uparcie wpatrywała się we mnie, tymi swoimi tęsknymi oczyma. Niezwykłymi – przyglądając się im bliżej, dostrzegłem bijący od nich, zielonkawy blask. Delikatny kolor świeżych liści sałaty.

Sam skarciłem siebie za dogłębne analizowanie jej wyglądu. Powierzchownie, przecież nie różniła się niczym od wszystkich innych. Lecz cóż zrobić, jeśli pierwszy raz osobniku przeciwnej płci przestałem widzieć człowieka, a piękną kobietę. Dotąd nie zwracałem uwagi na płeć piękną, zdaje się, że nigdy nawet nie rozmyślałem nad odwiecznym podziałem na kobiety i mężczyzn. Mój świat zawalił się, kiedy w wieku 13 lat zostałem przemieniony. Potem zajęła się mną Organizacja. 6 lat później udało mi się „odzyskać człowieczeństwo”, jednak nie wróciłem do domu rodzinnego. Byłem za bardzo wypaczony „wampiryzmem” aby wrócić. Wrócić do przeszłości, którą już po przemienieniu oddzieliłem grubą kreską. Pozostałem na utrzymaniu Organizacji. Skończyłem medycynę, a w ramach wdzięczności, zostałem lekarzem w ośrodku.

- Proszę, wypij to. – Podałem jej szklankę z czerwonym płynem. Przyjęła ją drżącymi rękoma. Spojrzała na nią udając obrzydzenie, lecz poznałem po oczach, że zżera ją głód. – Dopóki nie dostaniemy krwi nosiciela, który Cię przemienił, musisz pić krew zwierzęcą. Potem znowu staniesz się człowiekiem. Musisz nam zaufać. – Lekko pokiwała głową.

Czułem, że dobrze zna tę tanią formułkę, wygłaszaną każdemu kolejnemu pacjentowi. Mimo to, miała duże szanse by „odzyskać człowieczeństwo”. Udało się mnie, ufającemu dziecku. Uda się jej, mistrzyni pozorów.

W.i.k.t.o.r.i.a

Informacyjna

czwartek, 30.września.2010, 14:09

Nie dodaję jeszcze rozdziału 3, chcę go nieco dopracować. Ale za to dodałam muzyczkę, po prawej pod archiwum. Pewnie nie tylko ja mam wrażenie, że zupełnie nie pasuje do opowiadania :) Ale, pracując dziś nad rozdziałem 4, przypomniała mi się ta piosenka. Jest śliczna :D

Pozdrawiam!

W.i.k.t.o.r.i.a

2.

sobota, 11.września.2010, 19:56

Z góry chciałam was przeprosić za ten rozdział. Zarówno stałych czytelników, jak i tych, którzy tu weszli przypadkiem. Wiem, że jest udawany, taki jakiś sztuczny. Wygląda tak, jakbym chciała usilnie używać wielkich słów, ale ja na serio nie miałam tego na celu. Po prostu tak mi się napisało... W każdym razie obiecuję, ze następny rozdział będzie na pewno lepszy! (już jest napisany).




Rozdział 2.


Ty


Rozpoczyna się nowy dzień. Światło wydziera się spod ściśle zasuniętych żaluzji. Niegdyś kiedy otwierałam oczy zalewało cały pokój. Raziło mnie w przemiły, orzeźwiający sposób. To ty odsłaniałeś okna, oczyszczałeś moje spojrzenie z resztek ciemnych, namiętnych nocy. Teraz leżę nieruchomo w wielkim podwójnym łóżku, jasnym jak wtedy. Nie ma nikogo, kto rozchyli powieki mrocznych oczu, kto powoła do życia mój świat. Słońce przestaje przedzierać się do pokoju. Nawet ono brzydzi się mną. Ty. Taki czysty, delikatny, wręcz niewinny mógłbyś mnie jeszcze dotknąć? Zepsutą brudną, mroczną. Tak bardzo kochałeś kolory. Twój pozytywizm już nigdy nie rozświetli wnętrza. Już nigdy nie podniesiesz żaluzji.

Przepraszam. Za to czym się stałam. I błagam wybacz mi, lecz nie odbieraj wspomnień, w których królujesz Ty. Ty. I tylko Ty.

***
Podążam brudnymi ulicami Poznania. Ktoś wywrócił kosz. Obok niego leży bezdomny, wyciąga do mnie ciemną dłoń. Proszącym wzrokiem ożywia we mnie jakieś uczucia. Tęsknotę. Za tobą. Utraconym domem, życiem. Zastanawiam się, co stracił on. Bezdomny, wyrzutek, pasożyt społeczeństwa. Ja jestem larwą, wżerającą się w masy i niszczącą je. Gorsza od tego człowieka. Nie jestem człowiekiem. Powiewa zimny wiatr. Uświadamiam sobie, że jest noc. Tak bardzo przywykłam do ciemności, że nie odróżniam pór doby. Bez ciebie nie ma dnia. Są tylko puste noce. Udręka.

Dochodzę do klubu nocnego. Przeciskam się przez grupkę osób oblegających wejście dla pracowników. Przebieram się w „strój roboczy” i wchodzę na parkiet. Wyczuwam podniecenie. I choć to nie moment na jakiekolwiek uczucia, żal mi ich. Czekają na zmysłową noc. W zamian otrzymają zmysłową śmierć. Najpiękniejszą w swoim plugawym życiu.

Jestem piękna. Piękniejsza od wielu. Przecież podobałam się Tobie.

Cichy jęk rozpaczy wydobywa się z jego piersi. Przedziera przez suchą krtań i daje zadość lotności słów, a wszystko to ku chwale ciemności. A w momencie kiedy czuję na sobie jego gasnący wzrok, mój żal miesza się z nienawiścią. Wiem, że zatapiam się w niegodziwości. A każdy zabity przeze mnie mężczyzna to synonim mnie w Twojej duszy. Lecz jeśli kiedykolwiek to przeczytasz, uwierz mi kochanie, że ja nie odbieram mu duszy. To mnie odebrano moją psyche. A mój wzrok stał się pusty, otępiały na widok krwi, którą brudzę Twoje usta w pamięci odciśnięte na moich. Za każdym razem, kiedy martwe źrenice na zawsze już okrywa powieka myślami płynę ku Tobie. Nadchodzi chwila upragnionego wytchnienia. Zamykam oczy, i niesamowity ból oblewa całe moje ciało. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć, czy to resztki człowieczeństwa, czy krew tegoż nieszczęśliwca opływa wszystkie moje członki. Chciałabym Cię przeprosić. Po raz kolejny. Lecz to zbawcze słowo nie przechodzi mi przez nasycone usta. Dla mnie nie ma już zbawienia. Nie ma Twojej miłości.

Czy nie pragnęłam wrócić? Zanurzyć gładkie dłonie w Twoich brązowych włosach. Z płaczem rzucić się w Twoje ramiona. Powiedzieć Ci wszystko. Wygarnąć do reszty to co siedzi w zakamarkach umysłu. Poczuć Twój uspokajający dotyk i usłyszeć ciepłe słowa. Wiem, że coś byś na to poradził. Wspieralibyśmy się nawzajem, Ty mnie, a ja Ciebie. Cały świat na nowo rozkwitłby w zapachach tysiąca kwiatów. Lecz wiem, że to jedynie złudne nadzieje. Naraziłabym Ciebie na zemstę ICH. Popełniłabym największy błąd w zbroczonym krwią istnieniu. Istnieniu całego świata. Bo ziemia, po której stąpasz daje życie wielu. Daje życie mi. A bez Ciebie. Nie ma już nic.

Bo Ty jesteś niczym ten Bóg, nie uchronisz mnie przed ciemnością ,ale kiedyś zatracisz się w niej sam. Nie ma wiecznej dobroci.

Zapewne nie zauważyłeś, że byłam dziś u Ciebie. Wyszedłeś domu, o tej samej porze co niegdyś. Spoglądałam na Twoją twarz, otulona w cień. Widzę mętny wzrok, napęczniałe worki pod oczami i blade usta. Czy to na pewno Ty? Czy ja Ci to zrobiłam? Byłam do tego zdolna? Spuszczam wzrok. I po raz kolejny pragnę wypłakać się na Twoim ramieniu. Lecz nie mogę, nie mogę Cię skrzywdzić. Nawet nie wiem kiedy wsiadłeś do samochodu, kiedy odjechałeś, pozostawiając za sobą jedynie mnie i chmurkę spalin. Moje oczy robią się szkliste lecz nie płaczę.

Powoli podchodzę do drzwi białego domku. Jest za wielki, za pusty dla Ciebie. Po prawej stronie betonowych schodków stoi oleander, podarowany nam przez Twoją matkę. Podnoszę go a na podstawce leży srebrny, zapasowy kluczyk. Zostawialiśmy go tam, na wypadek, gdybym zapomniała kluczy od domu. Otwieram nim garaż pokryty białą, lekko pozdrapywaną farbą, podążam do drzwi znajdujących się po lewej stronie, i wchodzę do domu. Wita mnie ciepłe, przyciemnione wnętrze. Brązowa boazeria i lekko już zniszczone obrazy. Pamiętam jak sama je wybierałam. Nigdy Ci się nie podobały, a jednak przez wzgląd na mnie zgodziłeś się by tu wisiały. Byłam Ci bardzo wdzięczna.

Powoli zmierzam w kierunku sypialni. Zatrzymuję się w progu. Roznegliżowane łóżko, stos ubrań naprzeciwko szafeczki nocnej, wysunięte półki w regałach – to nie Ty! Przy nóżce łóżka, spod zmiętej pościeli wystaje skrawek czerwonej koronki. Targa mną przerażenie. Podbiegam i niemalże skrajnymi siłami tamuję wybuch złości, kiedy podnoszę kobiece stringi. Gwałtownie, bez zastanowienia zaczynam przeszukiwać półki z Twoimi ubraniami. Niemal z mechanicznym spokojem uświadamiam sobie, że nie ma tu ani jednej sukienki, spódnicy, seksownych spodenek, szpilek. Mimo to nie potrafię zrozumieć, że mogłeś tu być z inną kobietą, kobietą której nie znasz. To nie Ty! Pragnę krzyczeć. Powoli ogarnia mnie wewnętrzna rozpacz. Siadam na miękkim łóżku, wyczuwam na nim Twój zapach. Kojący zapach człowieka, którego kocham. Uzmysławiam sobie, że gdyby nie ja, nie zrobiłbyś tego. To wszystko to moja wina. To ja sprawiłam, że jesteś nieszczęśliwy.

Delikatnie układam się na naszym łóżku, bez wątpienia to my spędziliśmy tu te wszystkie noce. I żadna kobieta nie zastąpi Ci mnie.

Twój zapach mąci coś jeszcze. Woń jej ciała. Odurzam się aromatem jej perfum.

To zapach Marty. Leżę tak z otwartymi oczyma na Twoim łóżku i jestem coraz bardziej świadoma Twojej teraźniejszości. Twojego nieszczęścia, bólu, smutku, czarnej melancholii. A wszystko to przeze mnie. To przeze mnie zadajesz się z dziwkami, przeze mnie tak bardzo się zmieniłeś. Myślisz, że nie żyję, ale ja żyję! Jestem tu! Kocham Cię. Po mojej twarzy ściekają łzy, wsiąkają w jasną pościel. Nie wyczujesz mojej obecności. Ja Twój zapach zapamiętam na zawsze.

Wychodzę garażem, kluczyk chowam w podstawce oleandra, otwieram furtkę. Żegnaj!

W.i.k.t.o.r.i.a

1.

niedziela, 11.lipca.2010, 18:54

Rozpoczynam nowy dział, nowe opowiadanie. Mam już drugi rozdział, wydaje mi się, że jest nieco lepszy. Ale to już ocenicie sami, tylko później. Postanowiłam, że rozdział drugi umieszczę, kiedy napiszę już trzeci. A tegoż niestety jeszcze nawet nie zaczęłam. Pozostaje mi jedynie życzyć miłej lektury. I tradycyjnie wszystkie uwagi na temat tego rozdziału proszę umieszczać w komentarzach. To pomoże mi w szlifowaniu "talentu". Proszę was też o wyrozumiałość. Ten rozdział napisałam pod wpływem chwili, na początku czerwca. Teraz nawet nie sprawdzałam błędów, bo byłam zajęta kończeniem rozdziału drugiego. No i poza tym mam dopiero trzynaści lat. Piszę to po to by się jakoś rozwijać. Uwagi innych na pewno mi w tym pomogą. No i właśnie w tym celu powstał ten blog.



Rozdział 1.

Sara


Majowy wieczór. Jeden z wielu. Zielone liście obleczone w przejmujący mrok. Niepokojąca nutka spadającego z nieba burgundu, który zatapia się w granatowej czerni późnego wieczoru. Rozchodzący się w oddali śpiew koników polnych. Ich odgłosy już ustają. Jakby obawiały się nadchodzącej nocy. Nie potrzeba nam muzyki. Mamy spokój powiewów wiatru. Szelestu sennych liści. Zapachu parującego deszczu. Mamy coś jeszcze. I nie jest to echem ustający odgłos gry pasikoników. Ich muzyka już na zawsze pozostanie pogłosem, w nas. W sercu, które gubi się w swej uczuciowej odpowiedzialności. Błąka się w natłoku mieszanych impresji. Wysyła sprzeczne komunikaty. Dlatego płaczę, gdy cię w widzę. Dlatego cieszę się, gdy odchodzisz.

Czasami budzę się w środku ciemnej nocy, głośnej szumem silników samochodów. Wówczas myślami biegnę do Ciebie. Do chwil, kiedy byliśmy razem. Bez przeszkód. Nie myślałam o szczęściu, jakie kryje się w prostocie dotyku. O więzach, jakie powstawały za każdym razem, kiedy trzymałeś moją dłoń. Czułam szczęście emanujące od małego brylancika, który podarowałeś mi w przeddzień. Nie wiedziałam, co to smutek.

Czy to dlatego? Dlatego teraz moje uczucia milkną. Zanikają powoli. Z każdym dniem jest ich coraz mniej. Czuję. Czy ja mogę jeszcze czuć? Może po prostu widzę oczyma duszy. Kolejną igłę wbijaną w moje serce. Przez ostatnie uczucie, jakie pozostało mi w obecnym życiu. Ból.

Czym się stałam. Dobre pytanie. Czym stałam się z tej pięknej istoty, którą szanowałeś. Może kochałeś. Czułam, że przemyślasz każdy ruch, każdy krok. Aby tylko mnie nie zranić. Traktowałeś mnie jak najdelikatniejszą różę, na którą trzeba uważać z każdym stąpnięciem. Bowiem każdy nieostrożny ruch to ryzyko. Ryzyko utraty subtelnych płatków okalających wnętrze. Moim wnętrzem było serce, płatkami pozytywne uczucia. Straciłam je wszystkie. Nie wyzbyłam się tęsknoty. Teraz ona jest moim sercem. A płatkami ból i wszystkie jego odmiany. Straciłam kolce. Nie jestem już różą. Potworem?

Czym jesteś? Słyszę od kolejnej ofiary. Widzę to w jej oczach. Pośród przerażenia ukrywa się pytanie.

Czym jesteś? Czym jesteś? Czym jesteś? Czym jesteś? Czym jesteś? Czym jesteś? Czym jesteś? Czym?

Czym jestem?


***


Poranek. Przypomina mi się czerwień twoich ust. Są niemal tak barwne jak krew, która plami moje zęby. Zaspokajam głód? Głód, który wyżera mózg. Prowadzi do potwornego bólu oczu, warg, żołądka, mięśni. Wyzwala we mnie instynkt. Niczym kot. Źrenice rozszerzają się. Głód. Potworny głód. Doprowadza mnie do odrętwienia. Opanowuje wszystkie członki. Od dłoni, które niemalże codziennie dotykały Twojej aksamitnej skóry, po stopy, które całowałeś w chwilach uniesienia. Kiedyś przerażało mnie to, co musiałam robić. Kroczyło za mną niczym upiór, ciemną posoką zasłaniało świat. Nie Ciebie. Przyzwyczaiłam się? Do zabijania? Spoglądam w ich oczy. W oczy moich ofiar. I za każdym razem widzę w nich Ciebie.

Boję się. Żyję w ciągłym strachu. O Ciebie. Może panikuję, ale czuję, że kiedy zabijam, umiera też część Ciebie w moim sercu. Twoja twarz ginie w mrokach niepamięci. W każdym mężczyźnie rozpoznaję Ciebie. Czy mogłabym to zrobić? Pozbawić życia? Przemienić w to, czym ja jestem. Nie. Nie rozpoznać Cię spośród tysięcznego szeregu mężczyzn, których unicestwiłam?

Pewnie odczuwałbyś wobec mnie odrazę. Nie jest mi przykro. Wiem jak bardzo kochasz życie. Potrafisz spoglądać głęboko w źrenice rozwścieczonego zwierzęcia. Uspokajasz je samym, świdrującym wzrokiem. Chciałabym patrzeć tak jak ty. Pozbawiać uczuć. Odizolowywać od bólu. Nie potrafię. Tylko ty zostałeś obdarowany tym od Pana. Wzrokiem przenikającym wnętrze istot. Ja jestem już tylko istotą. Istnieję, lecz nie żyję. Ty tworzysz moją koegzystencję. Mimo że bez wątpienia wyrzuciłbyś mnie ze swego serca, jeśli tylko wyczułbyś moją obecność na tym świecie. Za to, że Cię opuściłam. I za to, czym się stałam.

Kiedyś płakałam. Nad ciałem każdej, kolejnej ofiary. Człowieka, który stał się zwałem bezużytecznego ciała. Płakałam. Jak gdybym to ja wchłonęła jego duszę. Ale przecież ja zabijam tylko ciało. Nad duszą władzę ma Pan. Ty w niego wierzysz. Czy może zwątpiłeś po moim odejściu? Mówiłeś, że jestem dla Ciebie darem od Boga. On odebrał Ci to, co wcześniej dał. Nie uratował mnie. Tak jak nie ratuje materii, w których niegdyś usilnie tkwiło życie. Nie zachował również mojej duszy. Ja zabijam tylko ciało. On świadomość. Sprawia, że stajemy się kukłami gotowymi na każde zawołanie. Jestem tylko komórką całego organizmu. Niczym. A jednak beze mnie całość nie jest kompletna.

Południe. Idę do pracy. Moim zadaniem jest zabijanie. Dostarczanie krwi sobie i Innym. Jestem niczym pasożyt społeczeństw. Morderczy pasożyt. Zabieram ludziom ścieżki losu, pozbawiam ich szczęścia, ale i smutków. Zabieram im krew. Dla nich to tylko część organizmu, dla mnie istność. Zabieram im energię. Nigdy nie dopełniają jej przeznaczenia. Zabieram pieniądze. Ich śmierć musi upodabniać się z napadem w celach rabunkowych. Marnuje się jedynie entuzjazm, którego mają w nadmiarze. Ciało. Które jest narzędziem zła. Ty jesteś inny. Tylko materialnie należysz do rodzaju ludzkiego. Twoje ciało nie kusi. Nie odraża. Twój entuzjazm nie bierze góry nad rozsądkiem, logiką. Twoja krew płynie w korycie wykładanym ognistą witalnością. Inną niż u pozostałych indywiduów. Twój zapał nie udziela się w kwestiach absurdalnych. Ty brniesz w tematy racjonalne. Zatapiasz się w nich całym sobą. Mimo tysięcy tez głoszących, że to, co robisz jest irracjonalne, alogiczne, zaprzecza wszelkim prawom, nonsensowne. Osiągasz każdy postawiony przed sobą cel. Jesteś nad rasą ludzką. Nade mną.

Wieczór. Biorę zimny prysznic. Czuję. Widzę oczyma wszechogarniającego umysłu twarze ludzi, których okradłam z życia, pieniędzy a w ostatnich momentach pobytu na tym świecie, ze złudzeń. Że ja nie istnieję. A to, co się dzieje to jedynie kiepski sen. Kiepska śmierć. Odgłos wody staje się uciążliwym. Przypomina mi Twój dom. Kiedy czekałam w przedpokoju na miękkiej kanapie, pokrytej brązową skórką, aż skończysz brać prysznic. Ustawał plusk wody. Pragnęłam by trwał w nieskończoność. Chwila oczekiwania na Ciebie. Przedsmak tego, co mnie czeka. Bliskość. Bardzo za tym tęsknię. Na początku miewałam sny. Słyszałam w nich ów odgłos wody odbijającej się o białą, połyskującą posadzkę. Brak mi tego. Brak mi Ciebie. Niegdyś uwielbiany przeze mnie odgłos staje się tak uciążliwy. Wierci ogromne, głębokie dziury w moich uszach. Wydaje mi się, że słyszę Twój głos. W oddali. Ulatuje razem z mroźną wodą. Gdzie? Do Ciebie?

Staję przed lustrem wiszącym nad umywalką. Mam sine usta. Ciemne włosy stały się czarne niczym heban. Oblepiają moją okrągłą twarz. Blady uśmiech. Nie pamiętam, kiedy śmiałam się ostatni raz. Czy jeszcze potrafię? Ty zawsze się śmiałeś. Mówiłeś, że nie ma na świecie człowieka, który nigdy nie odczuwałby radości. Tym samym osoba, który nigdy nie śmiała się, nie jest człowiekiem. Nie jestem człowiekiem. Nie wiedzieć, czemu w łazience rozbrzmiewa czyjś śmiech. Mój? Obrzydliwy rechot. Śmiech? Czy Ty skłamałbyś? Nie. To, co wydobywa się z moich splamionych ust to nie śmiech. To szkaradne parskanie. Szyderstwo wobec świata. Ja nie potrafię się śmiać. Uśmiech nie zagościł na moich ustach odkąd straciłam Ciebie. I nie zagości już nigdy.

Noc. Pragnę jak najszybciej zasnąć. Choć boję się snu. Męczą mnie koszmary. Widzę w nich Ciebie. Czy Twój widok może być koszmarem? Ganię za tą myśl samą siebie. Być może nie przywykłam jeszcze do radości spoglądania na Twoją twarz. Oczy. Usta. Brązowe włosy. Przywykłam do oczekiwania. Więc oczekuję na sen, który ukoi ból ciała i umysłu Twoim widokiem.

Nie potrafię już kochać. Nie jestem człowiekiem. Nie jestem człowiekiem. Nie jestem człowiekiem.

W.i.k.t.o.r.i.a







Szablon wykonany przez Aasiek dla Szablony.Blogowicz.Info. Zdjęcia pobrane stąd.
Wszelkie prawa zastrzeżone! Wspierane przez Blog & pomoc blogowa

Strona

Strona główna

O blogu

Opowiadanie tworzone przez trzynastolatkę. W pewnym sensie jest to moja wizja świata. Opowiada o niespełnionej miłości wampirów, destrukcja jednego z bohaterów i miłość Sary. Powiem jedynie, że zakończenie zaskoczy każdego.

Odwiedzam

Archiwum

2010
lipiec (1)
wrzesień (2)
październik (2)
grudzień (5)